logoprzez

naglowek-07

Opublikowano: środa, 05, wrzesień 2018 14:20
Autor: Ivo Gałuza

DSC 0775Tyż momy Wenecja, a co? Dostympu do morza my nie wywalczyli, ale portu my sie doczekali. Wysiedniesz sie z bany abo z autobusu na Teatralnym, pódziesz koncek .....i już. Możesz się stąd przepłynąć na Sienkiewicza i nazot łódkom i to nie Bytomkom, ino pod ziemiom.

Jo wom godom, to nie ino wyście sie zadziwiyli, przyjechali sam take jedne z Włoch co to miyszkajom kole Wenecji, a sam.... tyż Wenecja, trocha inkszo ale co, przynajmniej my nie odgapiyli łod nich.

 

DSC 0778

Jo tam za bardzo dobrze sie pod ziemiom nie czuja, ale jak żech szczimała w Czornym Pstrągu w Reptach, to sam przez ciekawość tym bardzi. Tak żech jeszcze wejrzała fto to jeszcze bydzie testowoł i stwierdziłach że w takim towarzystwie moga sie czuć bezpiecznie.Musiałach się prosić coby dane mi było łobejrzeć to na własne łoczy, bo to wiycie jeszcze nie łotwarte było, ale fto jak nie jo stąd mo to przetestować?

A tera trocha pomarudza, bo to umia nojlepi, i powiym wom, że som port mo klimat i robi fest wrażynie. Prosty, funkcjonalny i ten wlot/wylot do wnyntrza miasta. Ja, to je to!

DSC 0782Łódki już czekały, mieli my płynąć w przeciwno strona niż bydzie po otwarciu. Przewodnik, kaski, wszystko jak trza, i .... cała naprzod. Trocha mi mina zrzedła jak sie zrobiyło ciemno, ale za chwila już widac było punktowe światło. Wymarzone miejsce na ta hica, co to tyż chyba z Włoch przyszła za tom naszom małom Wenecjom. Dookoła piaskowiec, chlupot i kapanie wody, jednym słowem kanał. Bardzo miyszane uczucia dlo kogoś kto siedzioł durś w biblotyce. Dobrze że przewodnik godoł ciekawe rzeczy, i aby głos było bardzo dobrze słychać, bo z tom widocznościom to było różnie. No ale to aby trocha mo przypominać w jakich warunkach na początku XIX w. sam robiyli. Jak wywoziyli łodziami urobek z lampkom oliwnom za całe oświytlynie, z kapiącą zewsząd wodą, odpychając sie wiosłem. W gowie sie nie mieści. No i ta robota przy rewitalizacji tego miejsca, a to w końcu 1,5 km. Jak dlo mnie, to wielki szacunek dlo tych co sam robiyli i robiom. Trza być twardym. Na nos tyż kapało, ale co tam! Godom wom, to turystyczne cudo bardzo ciekawie pomyślane, co sam sie bydzie wszystko działo!

Wiyncyj wom nie powiym, same się tu wybiercie i łobejrzyjcie co tu szykujom dlo wos, to wom łoczy wylezom.

Sztolnia przed premiera m fot. Pawe JaNic Janicki 12

Zastanawiom sie ino jak to bydzie zimom. Jak zamarznie woda to bydymy wjyżdżać na szlenzuchach? Czy jak?

Opublikowano: piątek, 27, lipiec 2018 09:58
Autor: Melania Gwóźdź

- rozmowa z Jerzym Makselonem, dyrektorem Teatru Nowego w Zabrzu

Jaki był ubiegły sezon 2017/2018. Co się udało zrobić w teatrze, z czego jest Pan zadowolony?

Myślę, że to był dobry sezon, bardzo zróżnicowany. Zaczął się od udanego, jak sądzę, Festiwalu Dramaturgii „Rzeczywistość przedstawiona”. Zdaniem wielu osób, spośród naszej stałej festiwalowej widowni, była to jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza edycja. Bardzo bogaty program, wiele ważnych spektakli, które ułożyły się w taką bardzo spójną i dość wnikliwą opowieść o tym, co się we współczesnym świecie dzieje. Nie bez znaczenia jest też to, że jeden z naszych spektakli "Ku Klux Klan. W krainie miłości" został na Festiwalu zauważony. Dostaliśmy nagrodę za opracowanie muzyczne (Anna Stela), a także nagrodę aktorską (Katarzyna Łacisz-Kubacka). "Ku Klux Klan..", który został przyjęty bardzo dobrze, ma swoich wielbicieli, o to jest teatr już bardzo zaangażowany, nowoczesny i przez to wymagający. Gramy go, ale bez tłumów na widowni. Na szczęście spektakl został także zauważony w kraju. Byliśmy z nim w Teatrze Starym w Lublinie w ramach prestiżowego projektu impresaryjnego realizowanego przez teatr. Byliśmy z tym spektaklem także na jednym z najważniejszych, krajowych festiwali teatralnych, czyli na szczecińskim "Kontrapunkcie" i pojedziemy jeszcze w listopadzie na Festiwal Nowego Teatru w Rzeszowie.

WisniowyPotem mieliśmy bardzo ciekawą inscenizację "Wiśniowego Sadu". To taka kolejna faza naszej współpracy z zaprzyjaźnionym, gruzińskim teatrem w Poti. Myślę, że to jest spektakl bardzo "czechowowski", aczkolwiek nowoczesny w formie, i również dotykający istotnych spraw tego świata. Spektakl zebrał znakomite recenzje, choć to też nie jest ukochany nurt repertuarowy w naszym mieście, ale wyrobionym miłośnikom teatru sprawił wiele satysfakcji.

Później czas frekwencyjnych żniw. Wrócił "Scrooge. Opowieść wigilijna", czyli nasz przebój od trzech sezonów, który w okresie bożonarodzeniowym przyciąga tłumy. Wszystkie spektakle, a było ich tyle, ile tylko można było zagrać w tym okresie, z nadkompletami na widowni, z bardzo entuzjastycznym odbiorem. Tutaj też wstrzeliliśmy się z sylwestrową przedpremierą "Kolacji dla głupca", czyli bardzo mądrej komedii, z elementami farsowymi – komedii takiej, która wiele mówi o ludziach, w reżyserii mistrza gatunku czyli Marcina Sławińskiego. To był drugi hit frekwencyjny i to spowodowało, że do końca karnawału, a nawet na początku kwietnia mieliśmy komplety na widowni i bardzo usatysfakcjonowaną publiczność. Repertuar powinien być zrównoważony, jesteśmy jedynym teatrem w mieście z takim promieniowaniem na aglomeracje, który powinien zaspokajać gusta różnego rodzaju i każdej grupie widzów mieć coś interesującego do powiedzenia. I myślę, że tak się dzieję.

Dziennik APotem mogliśmy sobie pozwolić na dwie polskie prapremiery, rzeczy już nieco trudniejsze. Pierwsza bardzo udana – „Dziennik Anny Frank", prapremiera sztuki Erica Emmanuela Schmitta, autora bardzo kochanego w naszym kraju. Spektakl jest dla mnie bardzo ważny między innymi dlatego, że wpisał się w środek ożywionej dyskusji na temat Holocaustu, a ożywionej za sprawą ustawy o IPNie. Spektakl dla mnie jest o tyle piękny i szlachetny, że pomaga spojrzeć na problem z takiej strony trochę zapomnianej. Ostatnio mówimy o tym głównie w kategoriach politycznych, odpowiedzialności. Przed oczami mamy rampę, wagony, baraki, włosy i liczby. Tysiące, miliony i tyle, a w tym wszystkim mam wrażenie, że znika nam z oczu człowiek, który przeżywa niesamowitą tragedię. W tej sztuce mamy taką piękną rzecz, autor przesuwa akcent ze śmierci, zagłady, która wisi w powietrzu, na rozkwitające życie, oglądamy młodość, która się rwie do tego żeby żyć w środowisku walczącym o przetrwanie, pełnym nadziei. Z "Dziennikiem..." mamy też taką satysfakcję, że udało się coś, co wcześniej jeszcze nigdy nie wyszło, mianowicie jest to spektakl, który możemy grać przedpołudniami i wieczorami. Odpowiada młodzieży i nauczycielom. Słyszeliśmy wiele bardzo miłych dla nas opinii, że to jest spektakl ważny, potrzebny. Bardzo ułatwia późniejszą rozmowę o Holocauscie w szkole. Spektakl ma też widownię wieczorną, dorosłą, świadomą, która kupuje bilety i przychodzi na spektakle.

Później mieliśmy pozycję bardzo radykalną, odważną, dotykającą smutnych, bolesnych problemów w życiu współczesnych społeczeństw. Mówimy o przeróżnych formach przemocy w relacjach międzyludzkich, przede wszystkim wobec kobiet, ale nie tylko. O przemocy pięknie ubranej, upudrowanej, wyperfumowanej w kręgach średniej czy wyższej klasy europejskiej. Bardzo interesujący tekst francuskojęzycznego autora pochodzącego z Wybrzeża Kości Słoniowej i tę egzotykę w tym tekście się czuje. Myślę, że reżyserce Katarzynie Deszcz udało się to przełożyć na scenę, i tak powstał nam spektakl "Nema". Ta polska prapremiera, pierwsza w ogóle polska realizacja tekstu tego autora. Myślę, że to jest najodważniejszy spektakl jaki powstał w ostatnich latach w Teatrze Nowym, a może i kiedykolwiek. Spektakl bardzo kontrowersyjny i budzący bardzo odległe od siebie emocje. Bywa totalnie odrzucany lub wzbudza głęboki zachwyt. To jest fajne, to mnie cieszy, bo od tego też jest teatr. Przedstawia sprawy w taki sposób, który budzi przeciwstawne emocje przyczyniając się do rozmowy.

Duszek1I zakończyliśmy autorską bajką Zbyszka Stryja "Duszek z komina", skierowaną do młodszych dzieci. Bajką żywą, kolorową, dynamiczną, z piosenkami i z treściami edukacyjnymi, przekazanymi tak, że dzieci to kupują.

Obecnie trwają wakacje. Przestaliśmy grać, ale jednocześnie rozpoczęliśmy przygotowania do dwóch kolejnych premier. Chwilę temu skończyły się dwa turnusy "Lata w teatrze", i część zespołu udaje się z "Dziennikiem Anny Frank" na festiwal do Poti w Gruzji.

Czy w tak udanym sezonie jest coś, co chciał Pan zrealizować, ale nie wyszło? Czy coś się nie udało?

Wszystkie plany na ten sezon zostały zrealizowane. Zagraliśmy spektakli nieco więcej niż w pierwszym półroczu ubiegłego roku, mieliśmy trochę więcej widzów, i dzięki temu trochę większe wpływy. Czy coś nie wyszło? Zawsze coś może wyjść lepiej i zawsze by się chciało, żeby tak było. Bardzo bym chciał, żeby "Wiśniowy sad", który jest spektaklem wysoce artystycznym, głębokim, znakomicie zagranym i uroczym w sensie teatralnym, poza świetnymi recenzjami krytyków, budził większe zainteresowanie publiczności. Chciałbym, żeby widownia była pełna i wychodziła głęboko poruszona. To się udało, ale tylko poniekąd. To samo dotyczy "Nemy". Chciałbym, żeby ten ważny spektakl zobaczyło jak najwięcej osób, bo to jest spektakl, w który każdy po głębszym spojrzeniu, znajdzie coś dla siebie. Oczywiście nie w formach tak drastycznych, ale te różne „nieczystości” w relacjach międzyludzkich, między rodzicami a dziećmi, między współmałżonkami, w relacjach z kimś kto jest mi podległy... Tam są głębokie i poruszające rzeczy i fajnie, gdyby wielu ludzi ten spektakl zobaczyło. Po to robimy Teatr, żeby jak najwięcej ludzi coś sobie w nim znajdowało dla siebie. Pod tym względem nigdy nie będzie pełnej satysfakcji, bo zawsze można więcej i o wiele lepiej.

Proszę przedstawić też najbliższe plany Teatru. Zacznijmy od Festiwalu Dramaturgii "Rzeczywistość przedstawiona". Co może Pan zdradzić już teraz przyszłym odbiorcom?

W zasadzie mógłbym zdradzić już wszystko, ponieważ program jest już ułożony. Tyle że jest ułożony poniekąd alternatywnie. Z tego względu, że będziemy mieli małą rewolucję przestrzenną. Być może będziemy mogli skorzystać z małej salki, dawnej sali gimnastycznej, która stałaby się jednym z głównych miejsc prezentacji festiwalowych. Byłaby to wielka korzyść dla widzów, ponieważ cały Festiwal byłby tak przestrzennie skupiony. Myślę, że byłoby to też z korzyścią dla samego Festiwalu, bo zyskałby pewną zwartość, wszyscy bylibyśmy blisko siebie i to byłoby dobre. Ta perspektywa miała oczywiście wpływ na dobór repertuaru. Z całą pewnością zaprezentujemy kilka głośnych spektakli, ważnych, bardzo atrakcyjnych. Zaproszenie tych przedstawień było możliwe między innymi dlatego, że otrzymaliśmy znaczące dofinansowanie z Ministerstwa na tegoroczną edycję Festiwalu. Pozwoliło to myśleć o przedstawieniach nie tylko ważnych i wartościowych, ale też prezentujących taki teatr z rozmachem, a przez to kosztowny. Cieszy mnie, że mamy taką okazję. Nic więcej nie powiem na ten temat, dopóki nie rozstrzygną się dylematy przestrzenne, a zaraz potem nastąpi oficjalne ogłoszenie pełnego programu.

Czego my widzowie możemy się spodziewać w nowym sezonie?

Na pewno nie możemy się spodziewać żadnych rewolucji. Będziemy konsekwentnie starali się podążać tą drogą, na którą weszliśmy parę lat temu. Będziemy robić teatr dla możliwie najliczniejszej i najbardziej zróżnicowanej widowni. Tak, żeby dla każdego znalazła się jakaś interesująca propozycja. Zaczniemy od adaptacji głośnej powieści ubiegłego roku "Lata powyżej zera". Jej autorką jej Anna Cieplak, autorka z naszego regionu, młoda osoba. Obok „Ma być czysto” to jest jej druga książka. Obydwie przyniosły jej wiele nagród, między innymi nominacje do Paszportu "Polityki", Nagrody Gombrowicza i Konrada, nominację do Nike. Start znakomity, a my przez splot różnych zdarzeń, relacji i znajomości dostaliśmy prawa do prapremierowej adaptacji i przeniesienia tej powieści na naszą scenę. Robi to Agata Baumgart, młodziutka reżyserka, ale już z osiągnięciami. Myślę że z dużym, oryginalnym potencjałem. Prace zaczęły się na początku czerwca, a na 22 września planujemy premierę. Wydaje mi się, że będzie to rzecz bardzo interesująca dla widzów kilku pokoleń, zarówno dla tych wchodzących teraz w dorosłe życie, jak i tych którzy wchodzili w to życie wówczas, gdy miał miejsce zamach na World Trade Center. Od tego właśnie zaczyna się ta książka. Autorka pisze o tym, że kiedy samoloty wbijały się w te dwie wieże, to ona właśnie uprzątnęła swoją półkę z kasetami magnetofonowymi i wyrzuciła to wszystko, co świadczyło o jej niedojrzałości: Spice Girls i tym podobne rzeczy, a wstawiła między innymi Paktofonikę, jakby przeskoczyła na inny, wyższy poziom wchodzenia w dorosłość. I właśnie o tym wchodzeniu w dojrzałość w ówczesnej rzeczywistości, pięknie opisanej, jest ta książka. "Lata powyżej zera" bo ten rok "zerowy" to właśnie ten moment, od którego zaczęło się dziać coś nowego z nią i ze światem wokół niej. I dlatego myślę że będzie to również interesujące zarówno dla jej rówieśników, czyli dla dzisiejszych trzydziestokilkulatków, ale także dla ich rodziców. W tej chwili mówię o swojej perspektywie, bo ja z tej książki dowiedziałem się bardzo dużo o tym, co przeżywały i jak postrzegały świat moje dzieci, które wtedy zaczynały rozumnie spoglądać na świat.

Równolegle trwają prace do spektaklu realizowanego jako nagroda w konkursie Jana Dormana, organizowanym przez Instytut Teatralny. Jest to konkurs na przygotowanie i zagranie kilkunastu, kilkudziesięciu spektakli adresowanych do dzieci. Ale nie chodzi o spektakle grane w teatrze, tylko o spektakle grane w placówkach oświatowych, szkołach, świetlicach. To ma być pewnego rodzaju remedium, przeciwwaga dla "spektakli walizkowych". Szkoły mają teraz do czynienia z inwazją tego rodzaju spektakli. Przyjeżdża jeden czy dwóch aktorów i w sali gimnastycznej są w stanie zagrać wszystko, co niekoniecznie jest dobre dla odbiorców i dla samego teatru. Oczywiście nie chcę tego w całości dyskredytować, bo zdarzają się przedsięwzięcia bardzo udane, ale na ogół są to po prostu tak zwane chałtury. Niewiele dobrego z tego wynika. I stąd – jak myślę - pomysł Instytutu Teatralnego, aby teatr dotarł tam gdzie nie ma możliwości, żeby dzieci dotarły do teatru, ale żeby to był taki prawdziwy teatr. Finalnie dofinansowanie uzyskało bodajże pięć projektów, w tym nasz. Jesteśmy z tego bardzo dumni, cieszymy się i pracujemy nad adaptacją książki "Morze ciche", a oryginalność naszego przedsięwzięcia polega na tym, że robimy spektakl, który ma być adresowany przede wszystkim do dzieci niesłyszących. Wykorzystujemy umiejętność, jaką posiadły trzy nasze aktorki w ramach innego, wcześniejszego projektu – umiejętność posługiwania się językiem migowym. Będzie to więc bardzo interesujący spektakl, który mają oglądać i odbierać także dzieci niesłyszące. Spektakl będzie korzystał z bardzo bogatych środków wyrazu, tak żeby przekazać maksimum treści poza słowem, a jeśli słowem – to przekazywanym w języku migowym. Postaramy się, żeby odbiór w miarę możliwości był pełny i bogaty. Ten spektakl przygotowujemy na początek października, będzie potem grany dwadzieścia razy w całej Polsce, głównie w ośrodkach skupiających dzieci niesłyszące.

A później będzie Festiwal i kolejne premiery, następna przygotowywana przez Piotra Ratajczaka i sylwestrowa, lekka dla odmiany, bo staramy się myśleć o wszystkich naszych widzach. I po sekwencji rzeczy ważnych, wymagających, a niekoniecznie najłatwiejszych, będziemy mieli coś lekkiego, coś co da oddech i sprawi przyjemność tym, którzy po prostu chcą przyjść do nas w wolny, weekendowy wieczór i odpocząć po trudach tygodnia. Rozerwać się, ale w sposób nie bezrefleksyjny, ale w taki zmuszający do myślenia. I z całą pewnością będzie to dobry teatr.

Dziękuję za rozmowę.

Z dyrektorem Teatru Nowego, Jerzym Makselonem rozmawiała Melania Gwóźdź, młodzieżowa Redakcja Pokładów Kultury.

Zdjęcia Paweł JaNIC Janicki

Opublikowano: czwartek, 14, czerwiec 2018 07:34
Autor: Magdalena Wilk

Przez cały rok szkolny 2017/2018 w zmaganiach XXVI Ligi Recytatorskiej oraz XI Małej Ligi Recytatorskiej udział brały dziesiątki uczniów zabrzańskich szkół podstawowych i gimnazjów. 11 czerwca ciężka praca uczniów, ich opiekunów, jurorów i organizatorów lig uwieńczona została koncertem laureatów i uroczystym wręczeniem nagród, które odbyły się na deskach Teatru Nowego w Zabrzu.

Liga2 Dominika PisarskaFoto: Dominika Pisarska

„Okna na świat”, bo pod takim hasłem promowano koncert, rzeczywiście na scenie Teatru Nowego się znalazły. Pomysł na wyjątkową scenografię w postaci zawieszonych ram przypisać można reżyserce spektaklu i organizatorce Lig Recytatorskich – Beacie Wyrzykowskiej-Piesik. Na scenie wystąpiło kilkunastu zdobywców najwyższych not jurorskich obu lig, w kategoriach poezji śpiewanej, sztuki recytatorskiej oraz gwary.

Wśród widowni wypełniającej po brzegi salę teatru znaleźli się goście specjalni: Zastępca Prezydent Miasta Zabrze Jan Pawluch, Jerzy Kuczera - aktor Teatru Śląskiego w Katowicach i juror konkursów, oraz Maria Popławska - pomysłodawczyni Ligi Recytatorskiej. Po zakończeniu koncertu w rozmowie z młodzieżową redakcją Pokładów Kultury goście wyrazili swoje zdanie o młodych aktorach, organizacji i przyszłości konkursów recytatorskich.

Jerzy Kuczera: „Ja tę ligę obserwuję od samego początku, od kiedy jej jeszcze nie było. (…) Zaczęło się w szkole podstawowej na Zaborzu, (...) doszło do tego, że spotykamy się w Teatrze Nowym. (...) Wszyscy możemy być dumni z tego, co dzieje się w sferze żywego słowa. (…) Dzisiaj zabrzańscy nauczyciele, po 26 latach [trwania ligi] są fachowcami (…) i to widać na scenie – reżyserują, pracują z młodzieżą ku chwale zabrzańskiej kultury. (…) Często zapominamy o tych, którzy stworzyli coś bardzo wspaniałego, a tą osobą niewątpliwie jest pani Maria Popławska, która na pomysł wpadła, (…) przez ćwierć wieku animowała go, (…) i wychowała następców - (…) Kasię Boroń (…) i Beatę Wyrzykowską-Piesik. (…) Jestem dumny z tego, że zabrzańska młodzież pięknie bawi się w wokalizę, szuka ciekawych tekstów, (…) które są już dzisiaj na najwyższym poziomie. (…) Daje to efekty, których mogą nam inne miasta, nie tylko śląskie, pozazdrościć”.

Maria Popławska: „Jak mogę ocenić [poziom konkursu]? Jak najwyżej. Myślę, że poziom utrzymuje się już od wielu lat wysoko, poziom zainteresowania również. (…) Jak na miasto takie jak Zabrze to jest to naprawdę bardzo fajna sprawa i najciekawsze jest to, że w Polsce jedyna – nigdzie w Polsce nie ma drugiej ligi recytatorów. (…) Uważam się za najmądrzejszą osobę, ponieważ wychowałam sobie panią Kasię Boroń. (…) Przekazałam [ligę] w godne ręce przygotowanej, mądrej, inteligentnej dziewczyny, która jeszcze sobie znalazła partnerkę (…) - Beatę Wyrzykowską-Piesik. I to jest cudowny tandem, tak wspaniale im się współpracuje, że ja mogę spać spokojnie”.

Liga3 Dominika PisarskaFoto: Dominika Pisarska

Po wypowiedziach Jerzego Kuczery i Marii Popławskiej możemy być pewni, że pod względem wychowania kulturalnego zabrzańska młodzież, jak i same Ligi Recytatorskie są w dobrych rękach. Pozostaje nam jedynie życzyć kolejnego dobrego sezonu w przyszłym roku szkolnym.

 

Opublikowano: piątek, 13, lipiec 2018 08:58
Autor: Ivo Gałuza

Wszyndzie fajnie kaj nos nie ma. Zamiast marudzić to wyjedź i sprawdź, czy cię tam nie ma, powiedzioł redaktor - a im dalej tym lepiej.

Mnie tam dwa razy tego nie trzeba godać. Dwóch zmierzłych to już taki pokład, że kultura na tym może ucierpieć. No to jadymy, Katowice - Wiedeń to pierwszy większy krok w strona "zagranicy". Szkoda że kolejny miliard ludzi tyż wpodł na tyn pomysł. To nie był mój pierwszy roz, ale mnie to miasto na pierwszy rzut oka nie zauroczyło. Zatkane jak stary odpływ, huczące, nerwowe, to zdecydowanie nie moj klimat. Tu się buduje, tu sie remontuje, tu się burzy, jedyn wielki plac budowy.

Autokar wypluł nos na nowym dworcu, znajomy czekoł na starym dworcu, szukali my sie przez 40 min, bo przez telefon nie idzie sie dogodać, takie larmo. Po co jechac taki kawał, jak na Śląsku tyż sie idzie fajnie stracić i naszukać kaj co stoi. Widać pogoń za informacją to teroz podstawa bytu. Całe szczęście że Wiedeń to ino przystanek w podróży i już za 160 km bydzie tak jak lubia. Eltendorf austriacka wioska na węgierskiej granicy, niecałe 1000 dusz mieszkańców dookoła winnice, pola, góry. Widoki takie, że ino jelenia na rykowisku brakuje, a ludzi to sam spotkosz w Lidlu i w buschenschankach. Siedzą i jedzą tłuste kiełbasy, bo deski wege tam raczej nie uświadczysz, piją świeżo wyciśnięte soki z winogron i brzoskwiń i mają sie fajnie. Jeszcze ino ostatnie rondo z fontanną w Fielstenfeld i już my som.

lezak

Teraz to już cie może przejechać najwyżej ciągnik, abo fojermany. Siedzisz w buschenszanku, patrzysz na to wszystko, pijesz wino i myślisz .... Jo chca, jak w tym koncku Oberschlesien. Ale miało być daleko, to bydzie daleko, jeszcze całe szczynście sam bydymy. Trzi dni i na na celownik bierymy Dalmacja, Zadar  i okolice. Nazwa bardziej z Polską się kojarzy, ale patrząc na burzliwo historia tego miasta i fortyfikacje to znak, że zadarli nieroz. Majom dostęp do morza, w porcie grajom na organach fale, i jeszcze w dodatku wielki krąg solarów wmurowanych w molo i jak sie ino zrobi ciemno, to zamieniają te miejsce w bajkowo sceneria. Musza przesłać Wom linka, bo to sie nie do opowiedzieć. Zadar do Chorwacji należy od 1991, ale widać po nim cało historia od IV w p.n.e. Uciekli my stamtąd przed tłumem turystów do Petrćan i powiem Wom, że to przedsionek raju, jedyn wielki błękit. Morze i niebo mo wszystkie odcienie niebieskiego, granatu, turkusu. Palmy, cykady, szum fal, a wieczorny spacer z dźwiękami muzyki (nie disco polo) niesionej przez fale z daleka, to niezapomniane przeżycie.

- Mom w nosie, nie wracom - sms do redaktora. - Siedź tam ino coś napisz - informacja zwrotno. No to pisza. Dzisiej wyspa Pag. To narazie pa.

Opublikowano: wtorek, 12, czerwiec 2018 09:12
Autor: Maja Żurek

11 czerwca w Kopalni Guido odbyło się w ramach festiwalu Miłosza autorskie spotkanie z Jane Hirshfield, amerykańską poetką, eseistką i tłumaczką. Była to doskonała okazja do bliższego poznania autorki, nagradzanych tomów wierszy, zgłębienia jej twórczości oraz wysłuchania historii o niesamowitej przyjaźni łączącej ją z naszym noblistą. Było to niezwykłe spotkanie, gdyż Pani Jane jest osobą niezwykle ciepłą, a oprawa muzyczna zespołu W/L - Michał Lazar i Aleksander Wnuk dodała pewnego uroku czytanych przez nią wierszy.

poetka na guido00

Fot. Paweł JaNIC Janicki

Od początku wniosła ze sobą na salę pogodę ducha i otwartość, którą obdarzyła każdego z obecnych. Przedstawił ją nam Redaktor Naczelnego Wydawnictwa Znak Jerzy Illga. Jak sam mówił: „Jane jest osobą niezwykłą, zaraz po studiach zaczęła pracować na farmie, a potem swoim vanem wędrowała samotnie po Ameryce szukając swojego miejsca na świecie”. Jak się dowiadujemy Pani Hirshfield to nieustraszona, zdeterminowana, silna kobieta, która w poszukiwaniu własnego ja zdecydowała się na bardzo radykalny krok. Zamknęła się w buddyjskim klasztorze, wstępnie tylko na tydzień dla wyciszenia i znalezienia własnego upragnionego miejsca na ziemi, a została 8 lat. Finalnie skończyło się na bardzo surowej praktyce w regule „soto zen”, w skrajnie trudnych warunkach. Pomieszczenia bez okien, brak wody i elektryczności nie powstrzymało poetki od ukończenia praktyki. Eseistka porzuciła pisanie, a mimo tak długiej przerwy wróciła do niego ze zdwojoną siłą i jak sama stwierdziła: „zmieniłam to jak piszę na zawsze, zaczęłam pisać inaczej”.

Jane Hirshfield swą poezją pokazuje piękno przedmiotu, szczegółu, natury człowieka, przyrody czy samego buddyzmu, który praktykuje. Jest otwarta na wszystko, co nas otacza, wrażliwa na drugiego człowieka, a przy tym bezpretensjonalna. W ostatnich latach mocno zaangażowała się w bolesne problemy współczesnego świata, politykę przybierającą coraz to bardziej radykalną postać i gubiącą po drodze dobro społeczeństwa czy kwestie ekologiczne.

Poetka nie zapomniała, by wspomnieć o jej ogromnej inspiracji, jaką był wcześniej wspomniany Czesław Miłosz. Jak ujęła „Czesław był dla Amerykanów niczym tornado, zmienił sposób patrzenia na świat, a przede wszystkim zmienił poezję i mnie”. Wspominała go z uśmiechem i tęsknotą. Opowiedziała historie poznania się z Miłoszem. Niemalże straciła szanse na wieloletnią przyjaźń, sądząc że dzwoni do niej kolejny telemarketer. Owym telemarketerem okazał się sam poeta, któremu spodobały się znalezione w lokalnej księgarni książki Jane. Tak rozpoczęła się piękna przyjaźń dwójki wspaniałych poetów.

Ze spotkania wychodziłam, podobnie chyba jak inni uczestnicy, pełna spokoju i wiary w drugiego człowieka, nadziei, że warto budować więzi i słuchać, przede wszystkim słuchać…. tak jak Jane Hirshfield.

© Copyright 2011. „System e-informacji kulturalnej" współfinansowany jest przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Śląskiego na lata 2007-2013. Zadanie realizowane w ramach projektu pn. „W sieci kultury – utworzenie systemu e- informacji kulturalnej na terenie Gminy Zabrze”

Ta strona używa plików cookies.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

1. Serwis zbiera w sposób automatyczny tylko informacje zawarte w plikach cookies.

2. Pliki (cookies) są plikami tekstowymi, które przechowywane są w urządzeniu końcowym użytkownika serwisu. Przeznaczone są do korzystania ze stron serwisu. Przede wszystkim zawierają nazwę strony internetowej swojego pochodzenia, swój unikalny numer, czas przechowywania na urządzeniu końcowym.

3. Operator serwisu (Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu) jest podmiotem zamieszczającym na urządzeniu końcowym swojego użytkownika pliki cookies oraz mającym do nich dostęp.

4. Operator serwisu wykorzystuje pliki (cookies) w celu:

  • dopasowania zawartości strony internetowej do indywidualnych preferencji użytkownika, przede wszystkim pliki te rozpoznają jego urządzenie, aby zgodnie z jego preferencjami wyświetlić stronę;
  • przygotowywania statystyk pomagających poznaniu preferencji i zachowań użytkowników, analiza tych statystyk jest anonimowa i umożliwia dostosowanie zawartości i wyglądu serwisu do panujących trendów, statystyki stosuje się też do oceny popularności strony;

5. Serwis stosuje dwa zasadnicze rodzaje plików (cookies) - sesyjne i stałe. Pliki sesyjne są tymczasowe, przechowuje się je do momentu opuszczenia strony serwisu (poprzez wejście na inną stronę, wylogowanie lub wyłączenie przeglądarki). Pliki stałe przechowywane są w urządzeniu końcowym użytkownika do czasu ich usunięcia przez użytkownika lub przez czas wynikający z ich ustawień.
6. Użytkownik może w każdej chwili dokonać zmiany ustawień swojej przeglądarki, aby zablokować obsługę plików (cookies) lub każdorazowo uzyskiwać informacje o ich umieszczeniu w swoim urządzeniu. Inne dostępne opcje można sprawdzić w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej. Należy pamiętać, że większość przeglądarek domyślnie jest ustawione na akceptację zapisu plików (cookies)w urządzeniu końcowym.
7. Operator Serwisu informuje, że zmiany ustawień w przeglądarce internetowej użytkownika mogą ograniczyć dostęp do niektórych funkcji strony internetowej serwisu.
8. Pliki (cookies) z których korzysta serwis (zamieszczane w urządzeniu końcowym użytkownika) mogą być udostępnione jego partnerom oraz współpracującym z nim reklamodawcą.
9. Informacje dotyczące ustawień przeglądarek internetowych dostępne są w jej menu (pomoc) lub na stronie jej producenta.
10. Bardziej szczegółowe informacje na temat plików (cookies) dostępne są na stronie 
ciasteczka.org.pl